niedziela, 1 października 2017

Rozdział #43

Westchnąłem i usiadłem na materacu. Nie byliśmy u celu, ale jednak nie chciałem stąd…
 -IDIOTO – Pociągnąłem się za włosy. – Obiecałeś, że ją odnajdziesz, widziałeś się z nią zeszłej nocy. Musisz być niesamowicie głupi, aby ją zdradzić. Pamiętasz jej uśmiech? Powiedziała, że cię lubi, a ty…
Moją furię przerwało pukanie do drzwi. Otworzyłem je. Była to Sakura i Blanka.
 -Przeszkadzamy? – Spytały.
Zaprzeczyłem i zaprosiłem do środka. Starsza kobieta zaprzeczyła.
 -Chciałam tylko ci powiedzieć, że w szafce masz coś od nas. Nie przyjmujemy zwrotów – Uśmiechnęła się ciepło.
 -Ale ja skorzystam – Lisica wślizgnęła się do pokoju.
Zamknęła za sobą drzwi, gdy Blanka poszła do kolejnego pokoju.
 -Nadal w szoku? – Założyła ręce na ramiona.
Parsknąłem i zamachałem dłońmi.
 -Ciężko powiedzieć… teraz to już nie wiem, co myśleć…
Oklapła na łóżko.
 -Może to i lepiej… - Rozciągnęła się na szerokości materaca. – Gotowy?
 -Raczej tak, ale mam pytanie…
 -Audiencji będę udzielać tylko w dni nieparzyste, w godzinach podzielnych przez osiem – Wyciągnęła dłoń ku sufitowi.
 -Nie o to mi chodziło.
 -Ech, słucham.
 -Kotori…
 -Była naczyniem Nivi, nie?
Skinąłem głową.
 -Zatem, wygrałam zakład z Tiją, hje, hje.
 -Wracając… ona ją opuściła i zostawiła jej tylko…
Przerwałem, widząc, że podnosi rękę jak uczennica, podczas tłumaczenia nowego pojęcia.
 -Pytania na końcu –Dodałem po chwili. – I zostawiła jej tylko taką świecącą kulkę…
 -ODDAŁA JEJ SENNĄ WŁÓCZNIĘ?! – Zerwała się z miejsca.
 -Czyli to jednak ona?
Lisica złapała się za głowę, wzięła głębszy wdech i przeszła się od drzwi, powrotem do łóżka i tak kilka razy.
 -Czy ty rozumiesz, co to oznacza? – Spojrzała na mnie po chwili.
 -Właśnie o to chciałem zapytać – Odparłem, oczekując na informację, która mogła dosłownie zwalić mnie z nóg.
 -Wytłumaczę ci to na przykładzie: Wchodzisz do knajpy, a kelner zamiast karty dań i stolika daje ci swój uniform. Logika nakazuje co myśleć, że…?
 -Kelner nie wyrobił i zwalił swoją robotę na koś innego? – Odpowiedziałem niepewnie.
 -Bingo. Czyli skoro Kotori dostała Włócznię, to…?
Zamilkłem i wlepiłem oczy w Sakurę. Zrozumiałem.
 -Objęła jej stanowisko – Szepnąłem.
 -Na moją słodką pozycję… tylko dzisiaj się tyle dzieje, naprawdę. Reszcie powiemy, poza osadą.
Odejście Nivi, śmierć Kotori, Robin, spotkanie Fabiana, przeszłość Kanatris, zmartwychwstanie, starcie na polanie i jeszcze to?! Musiałem usiąść, bo zakręciło mi się w głowie.
 -Na tej polanie jest jakaś budowla, należąca do Ghalirka – przypomniałem sobie.
 -Wyślę tam kogoś , muszą sprawdzić okolicę – skinęła głową. – Nie ociągaj się. Możliwe, że jutro po południu dojdziemy do granic Ostojki.
Natsuna. Będę mógł ją zobaczyć już za niedługo, ale… czy po tym wszystkim wrócimy na naszą stronę? Myślałem o wszystkim i o niczym. Wszystkie refleksje mknęły z prędkością światła.
 -Tak jak mówił Inukai… straszny filozof z ciebie – westchnęła lisica, zamiatając nerwowo podłogę ogonem.
Uniosłem spojrzenie.
 -Jeszcze tylko ta szafka i idziemy, naprawdę – mój głos zdawał się być strasznie odległy.
Zastanawiałem się wtedy nad reakcją właśnie towarzyszy. Otworzyłem drzwiczki.
 -Dobra, lecę po resztę. Sprężaj się, bo dzisiaj będzie dłuższy wykład o tym świecie.
Zostawiła mnie samego. Zamrugałem kilka razy i sięgnąłem po paczuszki, leżące na półce. „Otworzę je później…” – Wrzuciłem je do torby i spojrzałem ostatni raz na pokój. Ściągnąłem i złożyłem poszewki, pościel ułożyłem i zostawiłem uchylone okno.

Żegnała nas prawie cała wioska. Nieobecna była tylko Amanda, co nie było to dla mnie czymś zaskakującym. Przyznam, że zaszkliły mi się oczy. He he… nienawidziłem pożegnań. Zawsze trzeba było się uśmiechnąć, nawet przez łzy lub gdy wargi wykrzywiał grymas niezadowolenia. Towarzysze nie mieli takich kłopotów jak ja – Sakura wpadła tu na dosłownie kwadrans, Inukai’ego (jak to sam stwierdził) „nic tu nie trzymało”, a Kotori… była nadal pod wpływem uroku, więc  zdawała się być trochę nieobecna.
Zawsze przy takich okolicznościach, przypominały mi się moment, w którym ojciec wyjechał na drugi koniec kraju. Obiecał, że jeszcze się zobaczymy. Skłamał. Dostawałem tylko listy, które mama czytała, a potem wyrzucała, bo on tak chciał. Nigdy się nie dowiedziałem, gdzie mieszka. „Miałeś sześć lat, nie chciał, abyś płakał. Nie dostaliśmy od niego nic, mniej więcej od sześciu lat. Mógł zmienić adres kilka razy. Na pewno jesteś w jego pamięci, tylko tego jestem pewna, Rin” – Powiedziała, gdy spytałem o niego. Westchnąłem cicho do siebie i rozejrzałem się.
Las, nic nowego. Drzewa, świergot ptaków, tym razem szeroka i wyjeżdżona  szosa. Sakura prowadziła Kotori pod ramię, coś jej opowiadając o Hisui’m i Shinimaru.  Szedłem obok Inukai’ego. Jak zwykle wyglądał na niezainteresowanego światem. Miał przymrużone powieki.
 -Coś widzisz? – Spytałem.
Zaprzeczył.
 -Co się stało między tobą, a Amandą? Bo w sumie musiało to być coś poważnego, skoro nie przyszła…
 -Była strasznie wścibska i natarczywa – Mruknął. – Ciągle próbowała zgrywać pannicę w wiecznej potrzebie. Rozumiem, że wszyscy faceci pojechali za robotą, ale błagam. Jest ode mnie starsza o jakieś… osiem lat? Nawet nie chciałem o tym słyszeć.
 -No to grubo, że tak powiem – Rozniósł się głos Sakury.
 -Mogłabyś się nie wtrącać z łaski swojej?
 -Nie moja wina, że słyszę – Wzruszyła ramionami. – To była ta, która przylazła z Blanką? Mary Sue, tyle powiem.
Towarzysz westchnął. Chciał skończyć temat.

 -Już się zatrzymujemy? – Lisica uniosła brwi.
 -Tutaj jest jezioro – Odparł Inukai.
 -I?
 -Jak to „i”? Zawsze robiliśmy postoje przy wodzie.
Westchnęła zrezygnowana i machnęła ręką.
 -Śpię na drzewie – Mruknęła.
Zatrzymaliśmy się tuż za szosą, na małym placyku schowanym za małym wzniesieniem. Lisica wspięła się na niskie drzewo i przewiesiła się przez nie.
 -Tylko uważaj – Uśmiechnęła się Kotori.
Zaśmiała się beztrosko.
 -Nie robię tego pierwszy raz, srebniutka – Wyszczerzyła zęby.
Wyjąłem z torby pakunki, które leżały w szafce. Obróciłem je w dłoni. Były grubości trzech palców, ale lekkie. Znalazłem otwarcie jak w kopercie i je podważyłem. Była tam koszula i spodnie. Gdy je rozkładałem, wypadł z nich list. „Rin, ze względu na zbliżające się festiwale, postanowiliśmy Wam dać porządniejsze ubrania. Mam nadzieję, że pasują. Blanka i inni.” – uśmiechnąłem się do siebie. Były jeszcze dwie, dopiero teraz zauważyłem podpisy. Otworzyłem swoją. Zawołałem pozostałych i wręczyłem im paczki.
 -Co to? – Spytał Inukai.
 -No ja miałem ubrania – Odparłem.
Sakura zeskoczyła z gałęzi.
 -A jest coś dla mnie? – Zamachała ogonem radośnie.
 -Nie – Odburknął Inukai, odbierając pakunek.
 -Trochę szacunku do osoby, która uratowała ci tyłek – Kita opadła na ziemię.
 -Ta… pomijając późniejsze zmrożenie Rina i rzucenie uroku na Kotori – Prychnął.
 -Czy ja wiem, czy urok jest wystarczającym powodem, aby tak bardzo nie lubić Sakury… - Dobiegł do mnie głos dziewczyny.
Inukai spojrzał na nią i uniósł lekko otworzył usta. Lisica gwizdnęła.
 -No, idealnie na Kokunotte - Kiwnęła głową.
Przeniosłem na nią wzrok. Miała na sobie długą, ciemną suknię wieczorową z wyszywanymi piórami i  zwężającym się rozcięciem między piersiami, sięgającym do końca mostka.
 -Czym jest Kokunotte? – Spytała.
 -Inaczej, to Wieczór Koguta. Masz znamię na mostku? – Sakura podeszła do niej bliżej.
Zaprzeczyła i uciekła wzrokiem.
 -T… to jest… -Pisnęła.
 -Senna Włócznia. Masz teraz dwa wyjścia: pierwsze, pójdziesz ze mną do Osiedla konkursów, gdzie zostaniesz skierowana na odpowiednie testy, bądź drugie, oddasz mi ją.
 -Skąd ty…
 -Powiedziałem jej o tym – Przerwałem jej.
 -Nie mogę jej oddać i przeżyć, prawda? – Szepnęła.
 -Niczego nie mogę obiecać –Przyszła boginka pokręciła głową.
Dziewczyna spuściła głowę i kiwnęła ją kilka razy.
 -Pójdę z tobą – Powiedziała po chwili ciszy.

piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział #42

-Ile razy czytałaś o przyzywaniu Hisui’ego, co? Nie mam zamiaru ponownie się z nim kłócić, kto zabierze tego śmiertelnika.
 -Nie denerwuj się bracie. Sakura chciała, abym ja go wziął, więc…
 -Przypominam tylko, że najpierw wyzionął ducha, a potem był rytuał. Logicznym jest, że to ja przejmę jego duszę. Ciało  sobie możesz wziąć. Wykujesz sobie z tego filiżankę, czy…
 -Chciałbym, abyś wiedział, że jeżeli dusza nie jest pod moją kontrolą, ciało nie może należeć do mnie.
 -To już nie mój problem.
Otworzyłem oczy. Nadal znajdowaliśmy się na polanie. Trochę bolała mnie głowa, od upadku na ziemię. Dźwignąłem się na łokciach i ujrzałem Sakurę i jeszcze dwóch mężczyzn.
Jeden z nich był lamią, ubraną w zielone kimono z szerokimi rękawami. Miał bursztynowe oczy, długie, ciemne paznokcie i zielonkawobiałe włosy, upięte w wysoką kitę, a dwa pasma z przodu głowy owinięte granatową taśmą. Jego cera była wręcz nieskazitelnie biała, a łuski błyszczały w świetle słońca przyjemną zielenią. Spojrzał na mnie i uniósł jedną  brew.
 -Kim oni są? – Spytał.
Mówił teatralnym szeptem.
 -Nie powinno cię to interesować – Odparła lisica.
 -Nie wykręcaj się od rozmowy, gadzie! – Drugiemu z rozmówców spadł kaptur.
Gdyby ktoś mógłby połączyć Sutiku i Inukai’ego… on byłby tego wynikiem. No, może nie do końca. Oklapłe królicze uszy były nieco jaśniejsze od kruczoczarnych, pół kręconych włosów. Długa, ciemna szata z kapturem, reagowała na każdy ruch.
 -Pamiętaj, że gady potrafią połknąć całego króliczka – Syknął, najprawdopodobniej Hisui.
Cofnął się o krok.
 -Czy ty mi grozisz? Grozisz samemu bogu śmierci? Ty, jakieś bóstewko praktycznie znikąd?
 -Nie jestem znikąd. Reprezentuję praktycznie tę samą rodzinę, co ty, Shinimaru. Przypominam ci jeszcze tylko, że ostatnimi czasy jestem bardziej pożądanym „towarem” wśród fanek.
„Fanki? Wśród bogów i bóstw? Co to ma być? Czy nie jest przypadkiem chore?” – Pomyślałem.
Sakura powoli wycofywała się.
 -Wiecie… skończcie tę kłótnię, a ja może skoczę po  ciastka…
 -Zostajesz – Warknął Shinimaru, nawet na nią nie spoglądając. – Mam jeszcze z tobą do pogadania…
 -Shiniek, ty chyba oszalałeś? Już mi nawrzucałeś, w pięty mi poszło, że ho ho, więc.…
 -Nie o to chodzi. Akabe o to prosił.
 -Staruszek? Weź powiedz mi to teraz i będę się zmywać, bo nie lubię siedzieć w wirze kłótni, która mało mnie interesuje.
Spojrzał na mnie i po chwili przewrócił oczami.
 -Dobra, powiem to głośno, bo gadzina też musi to usłyszeć. Akabe przechodzi na emeryturę za jakiś czas i…
 -Będę pełnoprawnym bogiem? No w końcu!
 -Dlatego musisz się dostać z któregoś z miast centralnych.
Ogon lisicy zamiatał ziemię z podniecenia.
 -No to pójdę. Znając go już powiadomił Tiję.
 -O rany, co… - Mruknął znajomy głos.
Inukai. Półleżał na trawie i masował skronie. Spojrzał na Shinimaru.
 -Co ja tam ro… nie, jestem tu, Rin?
 -Słucham cię – Odwróciłem się do niego.
 -Okej, czyli on jest…
 -Bogiem śmierci. Miło mi – Rzucił oschle.
Trwała tam walka na spojrzenia. Sakura cofała się powoli.
 -Skoro to wszystko, czego ode mnie chcieliście…
Hisui nagle zaczął się śmiać. Głośno i szczerze.
 -Ach, Shiniek, Shiniek… niby jesteś starszy ode mnie, ale takiś emocjonalny jak pięciolatek –Powrócił do szeptu. – No cóż, tylko dlatego, że mnie dzisiaj rozbroiłeś, możesz wziąć sobie tego trupa. Narka braciszku~!
Pstryknął palcami i rozpłynął się w powietrzu. Króliczy Inukai westchnął głęboko.
 -Też się będę zbierał – Narzucił kaptur na głowę. – Pamiętaj, gdy trafisz do centrum, mają cię skierować…
 -Do osiedla konkursów, wiem wiem – Machnęła dłonią. – Daj ciastka.
 -Co?
 -Wiem, że zawsze masz je przy sobie – Nałożyła ręce na ramiona.
 -Niech ci będzie… masz – Rzucił do niej mały płócienny worek.
 -Dzięki, Shini~! Dobra chłopaki, wstajemy i zwijamy się do Ostojki. –Odwróciła się do nas.
Popatrzyłem po sobie z Inukai’m. Nagle Kotori zerwała się z ziemi z krótkim krzykiem. Rozglądała się rozbieganym wzrokiem po okolicy. Bóg śmierci odwrócił się do niej.
 -Nie ma za co – Szepnął chrypliwie.
Wokół niego zerwało się tornado z kruków i innego ptactwa. W ten sposób zniknął razem z truchłem.
 -Co się stało? – Spytałem, wstając.
 -Wyjaśnię to, gdy będziemy wcinać ciacha – Lisica uniosła triumfalnie łup.

Wracaliśmy w ciszy. Może nie licząc Sakury, która coś nuciła pod nosem. Kotori szła trochę przygarbiona. Ja natomiast próbowałem wszystko poukładać. Mają tak jakby dwóch bogów, którzy zapewniają nam wędrówkę na drugą stronę. Właśnie, co dla nich jest Hadesem? Skoro Jadeitowy szlak jest pewnego rodzaju rytuałem, to co jest po śmierci takiej „normalnej”? Każde bóstwo może awansować na boga? Jak zwykle zbyt wiele pytań, ale może tym razem będzie więcej czasu na odpowiedź? Ukradkiem spojrzałem na Sakurę. „Z tego, co usłyszałem i zrozumiałem, odprowadzi nas do Ostoi Wiatru. Ile może nam to zająć? Musiałbym spojrzeć na mapę, która… teraz służy za zakładkę do »Kolorowych Cieni«, hm” – Pomyślałem. Wtedy poczułem jak coś ciągnie mnie na bok. Inukai.
 -Uważaj, bo w drzewo wleziesz, filozofie.
„Hę?”.
Faktycznie, prawie miałem bliższe spotkanie z brzozą.
 -Dzięki – Powiedziałem.
Coś odparł w odpowiedzi. Kotori popatrzyła na niego pustym, wręcz matowym wzrokiem. Pogłaskał ją po głowie.
 -Nie ma czym się smucić, srebniutka – Lisica wzięła się pod boki.
-Srebniutka? – Spytała.
 -No, szary kojarzy mi się ze srebrem… no i jeszcze z platyną, glinem, irydem, palladem…
 -Dobrze, rozumiem.

Na spotkanie wybiegła nam Blanka i… Amanda.
 -Inukiś, gdzieś mi zniknął? Chciałam z tobą porozmawiać i wszystko ci wyjaśnić, że to nie…
 -Proszę, umilknij. Chociaż na chwilę, dobra? – Przerwał jej.
Zatrzymała się.
 -Chciałbym ci tylko powiedzieć, że za niedługo będziemy iść dalej. Tylko tyle.
Wzięła głębszy wdech.
 -Rozumiem – Odwróciła się na pięcie. –Powodzenia.
Blanka pokręciła z dezaprobatą głową.
 -Był u pani Hisui? – Spytało bóstwo.
 -Witamy zastępczynię poczciwego Akabe  - Wyciągnęła do niej dłoń. – Tak, powiedział o wszystkim. Nie widzę przeszkód, ale mam nadzieję, że nas jeszcze odwiedzicie, prawda?
Posłała do nas ciepły uśmiech.
 -Na pewno, proszę pani – Odwzajemniła go Kotori.
 -Kotori…? – Usłyszałem cichy głos Daniela. – Już idziecie?
Zagryzła wargę, ale nadal z lekkim uśmiechem kiwnęła głową. Chłopiec wyszedł spomiędzy drzew. Nie był bliski płaczu, ale trochę smutny. Podszedł do niej.
 -Będziemy z babcią o tobie pamiętać. Zawsze będziesz mogła do nas wrócić.
Kolejne kiwnięcie. Broda zaczęła się jej lekko trząść, tak jak dłonie, które zbytnio nie wiedziały, co ze sobą zrobić. Uklęknęła i przytuliła chłopca.
 -J… ja też o was nie zapomnę – Pisnęła. – Jeszcze tu wrócę, zobaczysz.
Załkała cicho.
 -Dziękuję – Wstała.
 -Trzymajcie się, a ty – Wskazał na Inukai’ego. – Masz się nią opiekować. Sprawdzę to potem.
 -Jak? – Wydusił z siebie zaskoczony mężczyzna.
 -Mam swoje sposoby, a jak nie; to coś wymyślę – Wyszczerzył się przebiegle.
Chłopiec wyjął z krzaków jej torbę.
 -W jednej z kieszeni masz coś od nas. Mam nadzieję, że się spodoba –Dodał.
 -Jesteś ode mnie młodszy, a jednak bardziej opanowany – Uśmiechnęła się przez łzy.
 -Do zobaczenia, drugostronnicy – Pomachał nam na pożegnanie.
Przewiesiła torbę przez ramię i otarła łzy. Daniela już nie było.
 -Chodźmy – Spojrzała na nas.
Coś rozświetliło jej oczy. Może łzy, może oznaka determinacji, nie mam pojęcia.

Usiedliśmy przy ławie, przed domem Blanki. Sakura wcisnęła się między mnie i Inukai’ego. Kotori poszła po jakąś miskę na ciastka. Położyła swój ogon na moich kolanach.
 -Głaszcz swojego wybawcę – Rzuciła.
 -Hę? – Wyrwałem się z chwilowego zamysłu.
Razem z oczami, przerzuciła ogon na drugą stronę.
 -Nie masz wyboru – Kącik jej ust zadrżał zawadiacko.
Inukai bez słowa zaczął gładzić sierść. To było dosyć dziwne, zwłaszcza, gdy jemu sprawiało to niesamowitą przyjemność.
 -Masz grzebień przy sobie? – Spytał.
 -Ty chyba nie na serio – Prychnęła.
 -A dlaczego nie?
 -W każdym razie, nie mam go. Został.
 -Szkoda – Westchnął, nie odrywając się od zajęcia.
 -On ma tak zawsze? – Szturchnęła mnie łokciem.
 -A to nie twój urok, czy coś tam innego? – Spytała nagle Kotori.
Stała za nami z talerzem. Miała trochę zaczerwienione oczy.
 -Gdyby to był mój urok – Machnęła dłonią i zawiesiła na chwilę głos. – To robiłby to, co ja chcę, a nie co on.
Spojrzała na dziewczynę.
 -Ups… -Położyła po sobie uszy.
Inukai oderwał wzrok od sierści.
 -Co się stało?
 -No, to urok został rzucony… na Kotori.
Lisica szybko zabrała ogon z kolan mężczyzny i zachichotała nerwowo.
 -N… no jeszcze nie nad wszystkim panuję i nawet sama nie wiem, jak długo się on utrzymuje… he he…
Mężczyzna wstał od ławy, a na jego miejsce wskoczyła dziewczyna i oparła głowę o ramię Sakury.
 -Lepiej wytłumacz, co się odwaliło w tym lesie – Przeczesał dłonią włosy.
 -No dobra – Nałożyła na siebie nogi. – Ghalirek był wielkim zakonem, który pojawił się siedemdziesiąt lat temu. Jednym z ich celów jest dostanie się na drugą stronę, czyli do was. Dwadzieścia lat potem ich wówczas jedenasty mistrz… jak on… a, Joseph Avine, ukradł Oko Przepaści podczas eskorty z Przystani Wody do Huty Ognia. Ale nie tylko za to są, czy raczej byli, ścigani. Dochodził do tego handel żywym towarem i około, bodajże osiemdziesięciu morderstw. No i jeszcze te półtora tysiąca ze Szlaku.
 -No właśnie – Wtrąciłem. – Jak działa ten cały Jadeitowy Szlak? Jakim cudem Hisui nie wiedział kogo i od kogo bierze?
 -Mówił, że za każdym razem widział tylko trupa i medalion, a że my, bogowie, nie możemy takich rzeczy trzymać w dłoni, nie był w stanie nic zrobić innego, tylko zabrać nieboszczyka i zdać raport.
 -No to jak…
Uniosła worek.
 -Oczko jest bezpieczne. Pamiętaj: Prawda i ciastka nas wyzwolą – Zamachała nim przed twarzą Inukai’ego.
 -Sprytne – Uśmiechnęła się Kotori.
Poklepała ją po głowie.
 -Jestem bogiem, w końcu, nie?
Mężczyzna, jakby zrezygnowany, usiadł obok mnie. Lisica zjadała kolejne ciastko.
 -Gdyby nie były z rodzynkami, byłyby jeszcze lepsze – Mruknęła. – No, ale… czas się zbierać, nie?

piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział #41

Staliśmy na skraju lasu i przyglądaliśmy się rozwijającej walce.
 -Jak cię znalazł? - Szepnął Inukai do Kotori.
 -Jak to jak? Normalnie. Musiał być w okolicy i mnie zaszedł od tyłu i zaciągnął tu, na polanę.
 -To ty tak zawyłaś?
Pokręciła głową. Usłyszeliśmy szczęk metalu.
 -Zazwyczaj używam go, aby pozbyć się demonów, ale chyba będziesz wyjątkiem - Sakura poprawiła chwyt na wielkim mieczu.
Ogon lisicy rozczepił się na dziewięć białych, które kiwały się na boki z podniecenia.
 -Nie masz dowodów, więc nie możesz mnie tknąć. Takie prawo, nie?
 -Jak to nie? A świadkowie?
Powstrzymał kolejną falę śmiechu, sięgając pod koszulę.
 -Pamiętasz… a nie, musiałaś czytać lub słyszeć o czymś takim jak… - Spojrzał na lisicę.
Wyjął dłoń z dziwnym medalionem. Wyglądał jak rozbudowana róża wiatrów z różnymi symbolami na ramionach, a w sam środek był intensywnie pomarańczowy. Był wielkości dłoni dorosłego mężczyzny.
 -Oko Przepaści… - Pisnęła Kotori.
 -Strzał w dziesiątkę, złociutka! Słyszeliście historię tego wisiorka? W sumie… i tak nie będę sobie języka strzępił.
 -Tylko go użyjesz, a…
 -A, a, a? Pożałuję? Oko po tylu latach należy do naszego zakonu! Jest nasze, więc możemy z nim robić co chcemy i kiedy chcemy.
Lisica zacisnęła pięść.
 -No dobrze, może spróbujmy dyplomatycznie, dobra? – Siliła się na miły ton.
Prychnął.
 -A anioły też nie mogły dyplomatycznie? Cholerne dziesięć lat żyjemy w ciągłym strachu, bo wszystko, czego dotkniemy, może być naczyniem. Gdzie się rozlazły?
 -Mówiłeś coś o Sonomaru. O co ci chodziło? – Przewałem mu.
 -Przyjaciół trzymaj blisko siebie… wrogów jeszcze bliżej, ha! Tyle ci powiem… widziałeś się z nim, nie? Tamtego wieczora, hm?
Postąpił kilka kroków w moją stronę. Wyprostowałem się i przełknąłem ślinę. Nie mogłem się bać. „Potrafię się obronić. Nie dam się zastraszyć” – Przemknęło mi przez myśl, a po chwili uśmiechnąłem się trochę triumfalnie.
 -Możliwe – Odparłem.
Pokiwał głową.
 -Powiem ci tyle: mieliśmy w tym wspólny interes. Cała filozofia. Jakieś pytania?
 -Po co wam to wszystko?
Nachylił się nade mną.
 -Zmieniłeś się. Przez te kilka dni. A może nie?  - Syknął.
Przyjrzał się moim oczom. Powstrzymywałem dreszcz, a wtedy odskoczył ode mnie. Coś mnie przeszyło na wskroś. Jak wtedy we śnie…
 -Chłopaczka chcesz zabić, czy co?! Myślałem, że kadra Ministerstwa musi mieć wyćwiczony jakiś refleks, czy coś innego… zabawne.
Nie mogłem się ruszyć. „Kurde…?” – Nawet ledwo ruszyłem szczęką.
 -Cholera jasna! – Machnęła kilka razy dłonią. – A mógł być urok…
Obiegłem wzrokiem okolicę. Tylko tyle mogłem zrobić. Towarzysze pobledli.
 -R… Rin…  - Kotori cała się trzęsła.
Na chwilę zapadła cisza.
 -Gnojek uciekł… znowu – Sakura wybiła się w powietrze na jedno z drzew.
Usłyszałem nagle gwizd. Melodyjny i ciągnący się przez dłuższy moment. Potem kolejne, do momentu, w którym nie powstał cały utwór.
 -Rozumiem… panie Fabianie – Usłyszałem głos Inukai’ego.
Dziewczyna od razu cofnęła się o kilka kroków. Spojrzał na nią swoimi dziwnie błyszczącymi oczami. Dopiero odzyskiwałem czucie w palcach, więc nic nie mogłem zrobić. ZNOWU. Czułem jak cały drżę z emocji. Byłem wściekły na swoją sytuację.
 -Jesteś mu potrzebna, więc nie stawiaj oporu – Powiedział, powoli i spokojnie.
 -Wiem, że nigdy nie pozwoliłbyś, abym znowu trafiła w jego ręce. Słyszysz?!
 -Zostaw ją – Wydusiłem.
Spojrzał na mnie beznamiętnie.
 -Oczywiście – Prychnął.
Złapał ją za nadgarstek. Opierała się, a za każdym razem zaciągnął ją agresywniej.
 -Pomimo wszystkiego, wybaczam ci. Nie skrzywdziłbyś nas… - Szeptała.
Mogłem manewrować głową i samymi dłońmi. „Dlaczego to tyle trwa?! Szlag…” – Szarpałem się na wszystkie sposoby.
 -To nic nie da. Przykro mi! – Zawołała do mnie Lisica.
Atakowała Fabiana, lecz ten nie dość, że sam odgradzał się płomieniami, Inukai go asystował. Użycie umiejętności nawet nie wchodziło w grę.
Nagle coś łupnęło. Sakura została odrzucona na drugą stronę polany. Napiąłem wszystkie mięśnie. „Jak nie oni, to tylko ja!” – Pomyślałem. Strasznie naiwnie, czyż nie? Cóż, nie mogłem pozwolić, abym znów do czegoś dopuścił. Zacząłem wrzeszczeć. Drzeć się na całe gardło. Czy ktoś zwrócił na mnie uwagę? Możliwe, ale byłem zbyt zdeterminowany. Czułem, jakby stary naskórek pękał, dając miejsce nowemu. Wszystko rozbłysło na krótką chwilę. Byłem wolny. Jeszcze na miękkich nogach pobiegłem w stronę Inukai’ego.
 -ZOSTAW JĄ!! – Wrzasnąłem ponownie.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Przycisnął do siebie dziewczynę i odskoczył w bok.
 -To nie jest to, co chcesz zrobić, serio – Wyciągnąłem do nich rękę.
 -Słyszysz Inukai? Proszę, wybudź się z tej hipnozy, bo… nie jesteś sobą – Wyswobodziła dłoń i sięgnęła nią do jego policzka.
Melodię zaczęto gwizdać od nowa.
 -Nie zapominaj czyim jesteś sługą, i po co masz nogi – Wtrącił między dźwięki Fabian.
Mężczyzna prowadził widoczny wewnętrzny konflikt. Serce i narzucona wola. Dźwięki coraz bardziej świdrowały uszy i były coraz bardziej nachalne. Hipnoza zwyciężyła. Uśmiechnął się niebezpiecznie i zacisnął palce wokół dłoni Kotori. Mocniej niż wcześniej, co było widać po dziewczynie. Pisnęła cicho.
 -Idziemy – Rzucił sucho.
 -Nigdzie się nie wybieram – Zaszamotała się zniewoloną ręką.
 -Mało mnie to interesuje.
Stanąłem przed nim.
 -Wybacz, że muszę to zrobić, ale może to być jedyny sposób, abyś do nas wrócił – Spojrzałem mu w oczy.
Zwłaszcza teraz był obojętny na wszystko, co go otaczało. Jednak był zainteresowany tym, o czym mówiłem. „No to jedziemy” – Westchnąłem i zadałem mu porządny cios w twarz. Z otwartej dłoni, aby mniej bolało (chyba). Zamrugał kilka razy i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, powietrze przedarł kolejny wrzask. Tym razem Fabiana.
Leżał przybity do ziemi we własnej krwi. Nad nim unosiła się Sakura, z założonymi na siebie nogami, obracając w palcach kilka sporych shurikenów.
 -Lepiej się tak nie wyrywaj, bo pogorszysz swój stan – Westchnęła.
 -Zapchlony kundel – Wycharczał.
 -Och, czyli prosisz o więcej?
Wokół jej ciała zatańczyły niebieskie płomienie. Machnęła dłonią, jakby od niechcenia.
 -Wiecie co robić – Szepnęła.
Uderzyły nieszczęśnika prosto w plecy.
 -Co z Okiem Przepaści? – Spytała Kotori.
 -No faktycznie… coś się wymyśli, heh…
Ogień strawił koszulę i powoli kolejne warstwy skóry. Darł się w niebogłosy, starając się uciec. Po polanie niósł się swąd palonego mięsa i… chłód.
 -Dobra, chwila przerwy. Łeb mi pęknie – Ponownie ruszyła palcami.
Oddychał łapczywie, parskając na prawo i lewo krwią. Stanęła nad nim i nogą odchyliła mu głowę.
 -Fabianie Savle, to jest koniec twych rządów i koniec Ghalirka. Zakon zostaje rozwiązany po siedemdziesięciu latach nieprawej ścieżki. W przeciągu tego półwiecza zdążyliście zesłać na Jadeitowy Szlak ponad półtora tysiąca istnień… zostałam upoważniona, aby cię zgładzić. Nie licz na litość.
 -Gdybym kiedykolwiek na nią liczył, nie leżałbym teraz  z przepalonymi plecami, czyż nie? Ześlesz mnie na Szlak? Jestem na to gotów, ale prędzej pojawi się tutaj Shinimaru, niżeli Hisui…
Zabrała buta z jego czoła, którym uderzył o ziemię. Sięgnęła do karku mężczyzny.
 -Jest i ono! Oko Przepaści w końcu w rękach Ministerstwa! Haha! – Zaśmiała się triumfalnie.
Spojrzała na nas. Ledwo trzymałem się na nogach, pewnie zbladłem. Nawet nie odważyłem się spojrzeć na towarzyszy. Uśmiechnęła się ukazując białe kły i wyjęła mały nożyk, jakby do kopert. Niedbale wytarła go o spodnie.
 -Spokojnie, umiem wyciąć znaki, więc nie będzie poprawek – Zwróciła się do swojej ofiary.
 -Też mi pocieszenie – Warknął.
Zauważyłem, że poparzenia były pokryte czymś białym.
„Dlaczego mogę na to patrzeć? Dlaczego nie straciłem przytomności? Przecież jeszcze nigdy nie byłem świadkiem czegoś takiego, a nawet w telewizji sceny mordu nie należały do moich ulubionych. Ciągle o czymś myślałem, może przez to jeszcze trzymałem się na nogach. Coś upadło na ziemię. Kotori.
 -Tak coś myślałam, że odpadnie jako pierwsza – Rzuciła lisica przez ramię. – No, powinno być w porząsiu. Heh. Jak to szło? Te, Fabian, czy jak tam miałeś – Kopnęła go w głowę. – Jak szedł ten tekst? Umarł? Hmm… się zobaczy się – Wzruszyła ramionami.
Odkaszlnęła, jeszcze raz spojrzała na ofiarę i podrapała się za uchem.
-Poprzez wieczność po nieznanych snach,
 ciągnie się nasz Jadeitowy Szlak.
Nasze dusze mają kolor zieleni,
Nikt już tego nigdy nie zmieni.
O wielki Hisui, zejdź ze swej drogi,
Aby inni też dołączyć mogli.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Sakura westchnęła i ponownie spojrzała na nas.
 -To co? Ciacho?

czwartek, 29 czerwca 2017

Bezsenne posty

O co chodzi?
Może będzie takich postów więcej, w końcu dlaczego nie.
Znowu odbiegam od głównego "zamysłu" posta... i ja się dziwię, że potem nikt nie rozumie co się dzieje w fabule...
Może to będzie tylko kilka zdań, może porządny referat. Nie wiem. Teraz piszę to, co myślę. Te kilka uderzeń w klawiaturę mogę poświęcić, abyście mogli mnie poznać lub coś w stylu integracji (do której ciągle namawiam).
Dobra, przejdźmy do sedna.
Ostatnio rozmawiałam z osobą czytającą tego bloga (pozdrawiam Cię). Stwierdziła, że skupiam się na wszystkim, ale nie na głównych bohaterach (czy jakoś tak). Czy mam jej za złe? Skądże! O to mi chodzi. Komentarze, Shoutybox, to wszystko jest po to, abyście nawet napisali:
"Ostoja to g*wno! Zmień to, tamto i owamto, bo czytać się nie da!".
Podałam Wam nawet gmaila do mnie (który jest w zakładce "Fanowskie"). Możecie do mnie pisać, słać sowy pocztowe, no co wolicie!
ALE JEŻELI MASZ ZASTRZEŻENIA WYTŁUMACZ O CO CHODZI, ABYM MOGŁA TO JAKOŚ POPRAWIĆ, lub zrobić z tym cokolwiek, gdyż uzasadnienia: "bo tak" bądź "bo tak mi się podoba i tyle", nie będą brane pod uwagę. Potrzebuję konkretów.
Możecie nawet pisać propozycje na kolejne rozdziały lub zasady, które rządzą tamtym światem.
Jeżeli chcecie mogę urządzać konkursy, tylko potrzebuję odzewu, bo czasami czuję się jakbym pisała to wszystko na marne.
Podsumowując:
Jestem desperatem, szukającym kontaktu ze swoimi odbiorcami.
(Aczkolwiek, ja tak to widzę)

No, i to by było na tyle. Chcecie więcej takich postów? Komentarze, Shoutybox i resztę oddaję Wam. Możecie dać własny temat na taki "wywód", chętnie się wypowiem.
Agnes
P. S.
Jeszcze napiszę jak wyglądają tegoroczne wakacje i możliwa częstotliwość rozdziałów.
Nie mam pomysłu na Andrzeja, przepraszam. :<

Rodział #40

Poszedłem do siebie. Na łóżku leżało kilka książek. Zainteresowany podszedłem bliżej.
 -"Cień pomarańczy" - Przeczytałem tytuł. - Nic mi to nie mówi. Kolejna to "Tęczowe cienie", "Buty północy", "Klatka, której nigdy nie było". Brzmią jak ciężkie i filozoficzne wywody o życiu. W sumie... i tak nie mam nic do roboty. No to weźmy "Cienie"...
"Mała dziewczynka, duże miasto i jej zdolności. Widzi cień każdej minionej istoty w kolorze ich duszy, jednak pewnego dnia spotyka tajemniczego mężczyznę z kolorowym cieniem. Chce go poznać i dowiedzieć się skąd pochodzi i dlaczego nie widzi swojego koloru." - Uznałem, że to może być ciekawa lektura. Zacząłem więc czytać. Spokojnie, ale szybko, jak to ja. Opisy miasta i ludzi były szczere i dobitne - jakby na prawdę pisało je dziecko. "Ludzie są głupi. Mogę się założyć, że były tu piękne miejsca. Nie dość, że wojna to i jeszcze budowa tych okropnych biurowców musiały to wszystko popsuć. Gdyby to było przynajmniej kolorowe lub przeźroczyste. Architekt musiał mieć naprawdę ponury cień. Kiedy dorosnę będę mądrzejsza i będę mieszkać na wsi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że tego świata nie da się uratować... miał rację." - Ten fragment był taki prawdziwy. Uśmiechnąłem się do siebie. Pozostałe książki położyłem obok nogi łóżka i położyłem się z nosem w literach. Usłyszałem kroki na korytarzu, ale postarałem się to zignorować.
 -Inukai, możemy porozmawiać? - Usłyszałem głos Kotori.
"Miej to gdzieś, skup się"' - Przewróciłem się na dalszy bok do drzwi.
 -Słucham.
"Dlaczego akurat teraz ten słuch musiał się uwziąć na nich? Przecież..."
 -Czy przeze mnie Amanda wyrzuciła cię z domu?
"Co?" - Momentalnie zaciekawiłem się ich rozmową. Strona piętnasta. Zapamiętać.
 -Skąd takie pytanie?
Westchnęła.
 -Sama nie wiem...
 -To nie do końca, że przez ciebie, czy przez kogo innego, tylko... pozwalała sobie na za dużo.
Nie drążyła tematu. Najprawdopodobniej pokiwała powoli głową.
Wróciłem do książki. Nie miałem nic ciekawszego do pracy, chociaż... mógłbym chyba komuś pomóc, nie? Ech, sumienie, jak dobrze, że czasem dajesz o sobie znać. Zwlokłem się z ciepłego materaca i wyszedłem na zewnątrz.

 -Riin! Pomógłbyś damie w opresji? - Usłyszałem za sobą kobiecy głos.
Amanda. Kiwnąłem głową, a ona podbiegła do mnie i zaciągnęła do siebie.
Pokazała mi kilka drzew.
 -Zbierzesz z nich owoce? Zostały tylko same czubki, więc nie będzie ich tak dużo.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, podziękowała mi i pocałowała w policzek. To było dziwne uczucie. Zostałem sam w sadzie. Mogłem tylko westchnąć i wziąć się do pracy.
Czułem się za ciężki do tej pracy. Fakt, byłem szczupły, ale nawet przy najmniejszym ruchu grusza skrzypiała niepokojąco, a owoców nie było za wiele.
 -Mści się na nas za Inukai'ego, czy próbuje wywołać u niego zazdrość? Ciekawe... - Mruknąłem.
 -Co ciekawe? - Stała tuż pode mną.
O mało co nie wydarłem się na całe gardło i nie zleciałem na dół.
 -Nie, nic. Mam tylko nadzieję, że nie spadnę... he, he... - Dodałem głośniej.
 -Nie ma się o co bać. Wiele wytrzymała, to i wytrzyma teraz.
"Na to liczę" - Pomyślałem.
Kolejna była jabłoń i śliwa. Z tej drugiej był największy plon. Gdy ujrzała kosze,  klasnęła w dłonie.
 -Jesteś cudowny, może zostaniesz na....
 -Nie dziękuję - Przerwałem jej.
Założyła ręce na ramiona. "Ups?" - Przemknęło mi przez myśl.
 -Dobrze, jesteś wolny. Dzięki - Westchnęła.
Dygnąłem lekko i wyszedłem przed budynek. Zauważyłem Kotori z dzieciakami. Powoli do nich podszedłem.
Młodsi wlepili we mnie wzrok. Przez chwilę poczułem się nieswojo.
 -O, Rin,a skąd się tutaj wziąłeś? - Dziewczyna odwróciła się do mnie.
 -A tak se łaziłem po okolicy - Wzruszyłem ramionami.
 -Wychodził od Amandy! Widziałem! - Zawołał jeden z chłopców.
 -Prosiła o pomoc, więc pomogłem - Odparłem.
Dzieci jej chyba nie lubiły, bo wwierciły swoje spojrzenia we mnie jeszcze bardziej. Dreszcz przeszył mi plecy.
Przekonali mnie do zabawy w chowanego. Oczywiście liczyłem jako pierwszy.
 -Kto się nie schował, ten kryje! - Zawołałem.
 -A tobie co?
Podskoczyłem, razem z moim sercem. Inukai.
 -Możesz nie straszyć?
 -Chowany? Nieźle - Prychnął trochę ironicznie.
"Przezabawne. Naprawdę."
 -Kogoś szukasz, czy coś? - Założyłem ręce na siebie.
 -Rozmawiałem z Blanką, ale potrzebowałbym jeszcze Kotori, bo jeszcze chodzi o dalszą podróż.
Dostrzegłem w jego oczach jakiś błysk rozbawienia. Odwróciłem się na pięcie. Stały tam wszystkie dzieci w dosłownie pół kroku.
 -Raz, dwa trzy za całą waszą gromadkę - Z perfidnym uśmiechem poklepałem drzewo.
Coś jęknęły rozczarowane.
 -Inukai! Obiecałeś go czymś zająć! - Krzyknął jeden z chłopców, chyba Alan.
 -No właśnie!
Uniósł bezbronnie ręce.
 -A gdzie zniknęła Kotori?
Popatrzyły po sobie, a potem wzruszyły ramionami.
Nagle rozległo się wysokie wycie.
 -Idziemy - Szepnąłem.

Pędziłem z Inukai'm przez las w stronę polany.
 -Czekaj - Zatrzymał mnie.
Byliśmy blisko.
 -O co ci chodzi? Przecież...
 -Nie wiemy co się dzieje, więc nie możemy iść bez planu. Pierwsza opcja: jest atakowana, a ona nie daje sobie rady, ja atakuję, ty pilnujesz, żeby nic się nie zajęło. Opcja...
 -Najpierw zobaczmy co się dzieje - Przerwałem mu.
Umilkł z lekko otwartymi ustami, ale skinął głową.
Jak najciszej podeszliśmy do niskich krzaków, oddzielających las od polany. Pierwsze, co nam rzuciło się w oczy był Fabian i Kotori. Szła powoli, do tyłu. Wytężyłem słuch.
 -Proszę, zostaw mnie - Pisnęła.
 -Nie ma mowy. Możesz być żyłką złota, ptaszynko.
"Co tak wyło? On?" - Pomyślałem.
 -Co się dzieje? - Inukai pociągnął mnie za rękaw.
Nakazałem mu milczeć.
 -Jeżeli chcecie Nivi, wybaczcie odeszła.
Zaśmiał się obleśnie.
 -Gdybym chciał Nivi, to bym ją sobie wziął tamtego wieczora, nie? No, ale Soniek, nie będzie pocieszony...
  -Soniek? - Mruknąłem.
Inukai spojrzał na mnie.
 -No cóż, wolę nie przychodzić z pustymi dłońmi...
Wokół niej zatańczyły wysokie płomienie.
 -Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, czy jakoś tak - Mruknął.
Przez chwilę wyglądała na zagubioną, ale potem zrobiła coś, czego bym się nie spodziewał.
Uniosła się w górę na wielkich konarach.
 -Najwidoczniej to ja będę gołębiem - Zawołała z góry.
Ogień zaczął trawić roślinę. Skoczyła prosto na niego i zaatakowała pnączami. Uskoczył w bok, a ona wylądowała niedaleko niego.
 -Idziemy - Inukai, przedarł się przez krzewiny.
Ruszyłem za nim, a wtedy rozległo się kolejne wycie. Skrzywiłem się lekko. To było nieprzyjemne.
  -Fabian, czy jak tam miałeś! - Gwizdnął.
Spojrzał na niego i uniósł trochę brwi. Kotori również zerknęła na nas. Nagle ponad drzewa wybiła się kolejna postać. Zawyła jeszcze raz i wylądowała pomiędzy nami.
 -Dowód rejestracyjny i paszporty do kontroli, proszę!
Sakura z Ministerstwa. Uśmiechnęła się zawadiacko i ruchem głowy odgarnęła włosy. Zastrzygła uszami. Odwróciła się do Fabiana i zrobiła kilka kroków w jego stronę.
 -A to co? Znęcamy się nad nieletnimi, hm?
 -Zostaw mnie pchlarzu.
 -Jeżeli chciałeś mnie urazić, trochę ci się nie powiodło.
 -Jesteś na mojej ziemi, więc...
 -Jeśli robisz coś złego nawet na niej, mogę ci przemówić do rozsądku.
 -Nic mi nie zrobisz bez tej elficy. Tylko ona potrafi zdjąć z ciebie pieczęcie.
 -Hm, myślisz, że skąd ja się tu wzięłam, co? Pieczęcie przepadły w niepamięć, więc gra skończona, poddaj się, albo zostaniesz zmuszony.
 -Pokaż na co cię stać lisku.
 -Nie nazywaj mnie tak, plugawcze.
Kotori podeszła cichutko do nas.
 -Co tu się działo? - Spytaliśmy niemalże na raz.
 -Znalazł mnie przed tobą - Uśmiechnęła się smutno.
Dalsze wyjaśnienia zagłuszył huk.
Sakura stała w samym sercu płomiennego tornado. Włosy zaczęły bieleć, jedno oczu zaczęło dosłownie płonąć.
 -Czego chcesz jeszcze? - Wycharczała.
Lisica brzmiała jakby razem z nią szczekało stado lisów, czy wilków. Trochę zacząłem się bać.
 -Schowajcie się gdzieś, bo to może nie być przyjemne - Kątem oka spojrzała na nas. - Już.

wtorek, 13 czerwca 2017

LONDYN

Jak w tytule: wyjeżdżam do Londynu do poniedziałku.

Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę i uda mi się skończyć tę historię (więc jestem dostatecznie zdeterminowana 😉). Wolę ostrzec, żeby nie było, że nie ostrzegłam.
I to by było tyle z informacji, może dodam zdjęcia (tym razem na serio, nie jak Pyrkiem).

Poniżej jakiś mój rysunek z Deviantart'a 💙
Agnes
 

niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział #39

Uśmiechnęła się do nas. Na jej twarz wróciły kolory.
 -Nivi trochę mi opowiedziała o zasadach, tego świata. Między innymi o Jadeitowym szlaku i Szklanym stole - Odgarnęła włosy z twarzy.
 -No właśnie, czym jest ten stół? - Zmarszczyłem lekko brwi.
 -Rodzaj sejmu. Funkcja ustawodawcza i kontrolna - Podciągnęła kolano pod brodę.
"Może musiała tam wrócić?" - Pomyślałem.
Nadal była trochę smutna. Inukai pogłaskał jej włosy, a kącik jego ust lekko zadrżał.
 -Ważne, że wszystko wróciło do normy - Szepnął.
Przytaknęła cicho.
 -Przepraszam was - Zawiesiła wzrok na ramie łóżka.
Postukała palcem swoje kolano.
 -Nie masz za co - Odparłem, razem z towarzyszem.
Pokręciła głową.
 -Jestem słaba, a zwłaszcza teraz. Ciągle wpadam w kłopoty, gdy chcę pomóc...
Inukai przerwał jej westchnieniem. Spojrzała na niego. Uśmiechnął się do niej. Pogładził jej ramię.
 -Nie możemy się już rozdzielać. Po prostu.
 -Możecie zawołać Daniela? Obiecałam mu, że potem z nim porozmawiam.
 Wstałem.
 -Za chwilę wrócę.
Wyszedłem z pokoju. Było tam trochę dziwnie. Może dlatego, że nie otrząsnąłem się jeszcze z szoku? W sumie, spodziewałem się takiego efektu, ale nadal było to dla mnie zaskakujące.
Przed domem Blanki czekał Daniel. Był na oko dziesięcioletnim szatynem z niesfornymi włosami, sterczącymi na wszystkie strony i dużymi jasnymi oczami. Miał na sobie trochę przyduże ubrania (chyba po starszym bracie). Uśmiechnął się na mój widok. Odwzajemniłem to.
 -Kotori, prosi, abyś przyszedł - Skinąłem dłonią.
 -Jass! - Podskoczył i zerwał się do drzwi.
Zanim się obejrzałem, zostałem sam na zewnątrz. Westchnąłem i ruszyłem za nim.
Inukai opierał się przy drzwiach. Chłopca nie było. Spojrzał na mnie i odepchnął się od ściany.
 -Rin, wiesz... chciałbym cię przeprosić, za to, co mówiłem w lesie - Wyciągnął do mnie dłoń.
 -Nie ma za co - Uścisnąłem ją. - Widziałem, że cię po prostu poniosło.
Zachichotał nerwowo i podrapał się po głowie.
Wyszliśmy na zewnątrz.
 -Inuuuś!~ Gdzie cię wywiało? - Rozległ się kobiecy głos.
Unieśliśmy wzrok. Amanda. Biegła w naszą stronę, cała w skowronkach. Dosłownie. Nosiła lekką sukienkę w ptasim motywem i kolczyki z piórkami. Mężczyzna westchnął i wymusił uśmiech.
 -Słucham? - Spytał.
 -Obiecałeś przyciąć dzisiaj krzaki za domem - Zatrzepotała rzęsami.
 -Już idę, idę.
Przez chwilę zastanawiałem się, co tu zaszło. Jego uśmiech i ton po części nie były szczere, a wręcz prosiły o pomoc. To było co najmniej dziwne. Czy było tylko dlatego, że... że... nie wiem. Nie mam pojęcia. Spojrzałem w niebo. "To było trochę bezsensu, chociaż byłem nieobecny dwa dni, więc może nie powinienem się odzywać" - Zrobiłem lekki dzióbek do słońca. Było dosyć wysoko.
 -Jest w pół do drugiej, jeżeli chcesz wiedzieć - Usłyszałem za sobą.
To była Blanka. Niosła jakiś kosz. Zaoferowałem pomoc. Odmówiła.
 -Co jest między Inukai'm, a Amandą? - Spytałem.
Zachichotała.
 -Raczej nic, ale lepiej będzie, jak go zapytasz. Wybacz, spieszę się.
Wyminęła mnie, a ja pobiegłem za nią.
 -No właśnie wolałbym uniknąć jakiejś niemiłej sytuacji związaną z tą sytuacją...
 -Niestety, ja ci nie pomogę - Odparła. - Pogadaj z Kotori, może ona coś wie.
Poszliśmy do ogródka za domem. Były tam tylko grządki warzyw, kilka kwiatów.
 -Nadal tu jest październik?
 -A tam jest? Zapamiętaj, tu jest różnica sześciu miesięcy do przodu, więc teraz jest kwiecień.
Poszła do szopy, nucąc pod nosem. Westchnąłem krótko i odwróciłem się na pięcie.
***
Łaziłem po okolicy, bez najmniejszego celu i sensu. Trochę mi się nudziło, mijałem dzieciaki, rozmawiałem z kilkoma mieszkańcami, o życiu po drugiej stronie. Zgłodniałem, więc swoje kroki skierowałem do domu. Pachniało czymś dobrym, jakby gulaszem. Podszedłem do pierwszych drzwi, prowadzących do jadalni bądź małej kuchni. Otworzyłem je i zobaczyłem Kotori, krzątającą się przy kuchence gazowej. To ona gotowała. Upięła włosy w wysoki kok i nie pozwalała, aby żaden kosmyk przeszkadzał jej w pracy. Coś śpiewała pod nosem, ale uniosła wzrok, gdy przekroczyłem próg.
 -Nie powinnaś odpoczywać? - Założyłem ręce na piersi.
 -Czuję się lepiej, gdy coś robię - Wróciła do poprzedniego zajęcia. - A tak poza tym, za niedługo ruszamy dalej, prawda?
Zamilkłem na chwilę i usiadłem przy stole.
 -Możemy pogadać? - Oparłem głowę na palcach.
 -Oczywiście - Odparła, wyjmując miskę.
 -Jak tam było?
Zatrzymała się w pół ruchu.
 -Ciemno i zimno. Bałam się i to bardzo. Nie mogłam się ruszać, nie musiałam oddychać... to trudne do opisania.
 -Rozumiem. A co gotujesz?
 -Gulasz. Chcesz spróbować - Uśmiechnęła się połowicznie.
Był dobry, może nie najlepszy, ale dobry. Trochę mdły, ale w porządku.
 -Dodałam sporo przypraw, ale wiele rzeczy jest lepsze następnego dnia - Wydęła lekko górną wargę.
Do pokoju wszedł Inukai ze swoją torbą. Rozejrzał się i przez chwilę zatrzymał wzrok na dziewczynie.
 -A ty nie...
 -Naodpoczywałam się po drugiej stronie - Przerwała mu.
 -Gdzieś idziesz? - Wskazałem torbę.
 -A, nie po prostu, eee... trochę się posprzeczałem z Amandą i...
 -Wywaliła cię z domu?
 -Sam odszedłem. Stwierdziłem, że skoro jej przeszkadzam, to nie jestem jej potrzebny - Wzruszył ramionami i usiadł obok.
 -To co z tobą teraz będzie? - Kotori również zajęła miejsce.
 -Poszukam Blankę i zobaczymy - Nie wyglądał na przejętego tą sytuacją.
 -Kiedy ruszamy dalej? - Popatrzyłem po nich, po chwili ciszy.
 -Myślałam o jutrze, ale...
 -Ale?
 -Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tu wrócimy. Może nie razem, ale ogólnie - Zabawiła się palcami u dłoni.
 -Mnie tu na razie nic nie trzyma - Mruknął Inukai.
 -Porozmawiamy z Blanką i zobaczymy - Wstałem od stolika, kończąc na tym rozmowę.