sobota, 25 lutego 2017

Rozdział #31

Wyszedłem na korytarz. W oknach wisiały malinowe, półprzeźroczyste zasłony. Ściany były pomalowane w kolorowe szlaczki. Usłyszałem czyjeś kroki.
 -Już się czujesz lepiej? - Spytała Blanka.
Pokiwałem głową. Uśmiechnęła się. Miała płowe włosy upięte w wysoki kok, czarne oczy, ciemnozieloną spódnicę sięgającą do ziemi i brązową bluzkę. Była niską i krągłą starszą kobietą.
 -Chciałbym bardzo podziękować za...
 -Nie ma za co. Naprawdę - Przerwała mi. - Twoi przyjaciele robią wszystko, aby się odwdzięczyć, doceniamy to. Jednak ty, jak na razie powinieneś odpoczywać.
 -Rozumiem - Skinąłem głową. - Może spytam trochę zbyt bezpośrednio, ale.... zna pani Kiske'go?
 -Oczywiście. Przez pewien czas był bohaterem, w sumie co ja plotę.... nadal jest!
Zaskoczyło mnie to.
 -Chciałbyś się przejść po wiosce? - Zaproponowała.
 -Chętnie - Uśmiechnąłem się.
Wyszliśmy z budynku.
 -Tutaj jest stajnia, którą się zajmuję, czasem razem z Higuchi'm, jedynym facetem w okolicy. Reszta wyjechała w poszukiwaniu pracy, ale dajemy radę, bo część z nich wraca latem lub zimą. Ten kawałek ziemi to nasza scena. Dalej... od naszej lewej kolejno domy: Higuchi'ego, jego żony, Kazu oraz dwójki dzieci, następny, Julia, jej wnuk i Kotori, no i ostatni z rzędu to Amanda i Inukai. Dalsze domy to przeważnie dzieciaki, które zostały na parę dni same i biblioteka, chcesz zajrzeć? - Spojrzała na mnie.
Przytaknąłem.
Książek nie było wiele, zaledwie trzy regały. Zauważyłem Kotori z Inukai'm przy stoliku.
 -Niestety muszę cię tu zostawić, obowiązki wzywają - Puściła do mnie oczko i wyszła.
Podszedłem do nich.
 -Już na nogach? - Powiedział towarzysz, odsuwając mi krzesło.
Wzruszyłem ramionami.
 -Pomożesz nam na występie? - Spytała dziewczyna.
 -Oczywiście - Odparłem. - A co wystawiamy?
 -"Lunatyczkę" - Mruknął.
 -O czym to?
 -Jest lunatyczka, Kotori, która co noc wychodzi z domu, zatrzymując się na środku miasta i czasem tańcząc lub tylko spacerując. Po pewnym takim wypadzie, budzi się w nieznanym miejscu i ktoś, czyli ty, pomaga jej wrócić. Tak w dużym skrócie - Oparł się o krzesło.
Mruknąłem i pokiwałem głową.
Długo dyskutowaliśmy i ćwiczyliśmy przy stole.
 -Przenieśmy się może do lasu, tam na polanę? - Zaproponowała Kotori.
Zgodziliśmy się.
***
 -Kim jest ona? Nie bywała w tej okolicy - Pochyliłem się nad dziewczyną.
Otworzyła oczy i krzyknęła krótko przestraszona.
 -G... gdzie jestem? Kim jesteś i co mi zrobiłeś?! - Uciekła na drugą stronę.
 -Dopiero cię znalazłem. Spałaś tu. Nie jesteś z okolicy, nie? -Wyciągnąłem do niej rękę.
Zaprzeczyła i ostrożnie uścisnęła dłoń.
  -Pomóż mi. Nie wiem jak wrócić - Szepnęła.
 -Stop, stop, stop! -Inukai pokręcił głową. - Jeszcze raz. Pamiętajcie, że mówicie do publiczności, więc nie ma odwracania się tyłem i szeptu. To znaczy jest szept, ale TEATRALNY, ludzie z trzeciego rzędu też muszą to słyszeć, ok?
 -Ok, ok - Pokiwałem głową.
Męczyliśmy ten fragment przez jeszcze dobre pół godziny. Później było o wiele lepiej. "Wędrowałem" z Kotori po "mieście" i spotykaliśmy "różne osoby". Sądziłem, że Inukai ma najgorszą rolę z nas wszystkich. Co chwilę musiał coś zmieniać; fryzurę, barwę głosu, zachowanie, czasami nawet stroje.
Nawet nie zauważyłem, kiedy się ściemniło.
 -Generalka! - Klasnąłem w dłonie.
 -Denerwujesz się?
Zaprzeczyłem.
 -Występowałem już wcześniej w wielu szkolnych "sztukach", więc nie powinno być problemu.
Uśmiechnął się.
 -I dobrze. Wiesz kto uczył ją tańczyć? - Wskazał na Kotori, która powtarzała ruchy z zamkniętymi oczami.
 -A nie ona sama?
 -Nie, to byłem ja - Uśmiechnął się połowicznie.

wtorek, 31 stycznia 2017

Rodział #30

Powieki były ciężkie. Wystarczająco, abym nie miał siły i ochoty ich podnosić. Czułem cały ciężar swojego ciała, kołdry.... chwila, chwila. Kołdra?! Poczułem nagły przypływ adrenaliny. Zerwałem się z łóżka. Byłem w średnim pokoju z ścianami koloru lawendowego.
 -Jeśli jestem w jakieś kolejnej warstwie snu, to tu zostanę - Pomasowałem czoło.
 -W końcu się książę wybudził, hę? - Po pomieszczenia weszła krępa kobieta.
Kiwnąłem głową.
 -Jestem...
 -Rin. Wiem, twoi przyjaciele cię przedstawili.
Rozejrzałem się. Nie było ich tu.
 -Jestem Blanka - Uśmiechnęła się.
Uścisnęliśmy sobie dłonie. Podała mi talerz z chlebem.
 -Trzymaj. Na początek coś lekkiego, aby nie przeciążyć żołądka. Za niedługo wrócę.
Wyszła, a ja wgryzłem się w kromkę. Wyjrzałem przez okno, które było po mojej prawej stronie.
Słońce oświecało domy, ścieżkę i stajnię. Chciałem wyjść na zewnątrz, ale zauważyłem, że jestem w samej bieliźnie. Rozejrzałem się panicznie w poszukiwaniu ubrań. Leżały na stołku obok. Przysunąłem je do siebie. Wyglądały bardziej świeżo, niż wcześniej, aż żal było je zakładać.
 -Kana mówiła coś o zmianie wyglądu... hm. Trzeba to sprawdzić.
Powoli przysunąłem dłonie do uszu. Były bardziej spiczaste. Usłyszałem rozmowę na korytarzu.
 -... wszystko u niego w porządku. Myślę, że możecie do niego wpaść - Rozpoznałem głos Blanki.
 -Dziękujemy - Powiedziała Kotori.
Kroki na korytarzu. Wsunąłem się pod kołdrę. Zapukali do drzwi.
 -Można?
 -Proszę!
Pierwszy wszedł Inukai. Jego twarz zdobiło kilka plastrów, ale Kotori wyglądała na wręcz nienaruszoną.
 -Jak żyjesz? - Spytał.
 -Jak widać - Odparłem z uśmiechem.
 -Wystraszyłeś nas - Szepnęła Kotori.
 -Ale na szczęście wpadł Kiske. Gdyby nie on... - Podrapał się w tył głowy.
 -Jak długo tu jesteśmy?
 -Dwa dni, nie licząc tamtego wieczoru - Uśmiechnęła się dziewczyna.
"Trochę długo" - pomyślałem.
 -Macie, gdzie się położyć? - Wyprostowałem się.
Przytaknęli.
 -Aby się odwdzięczyć, praktycznie harujemy całymi dniami - Inukai założył ręce na ramiona.
Przełknąłem ślinę.
 -Pomagamy przy zbiorach, rąbiemy drewno, czasami coś wystawiamy, zajmujemy się dziećmi...
 -Kotori jest gwiazdą wśród dzieciaków - Położył dłoń na jej ramieniu.
Zarumieniła się trochę.
 -Czy ja wiem... - Wzruszyła ramionami.
Rozległo się pukanie.
 -Prosz! - Zawołałem.
 -Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mogłabym na chwilę zabrać Inukai'ego?
Do pokoju weszła młoda, chuda kobieta. Miała krótkie, czarno-fioletowe włosy i diamentowe oczy. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie.
 -O ile on chce - Odparłem.
Spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął.
 -Do zobaczenia - Ruszył w stronę drzwi.
 -Kim ona jest? - Spytałem, gdy wyszli.
 -To Amanda. Inukai u niej mieszka - Odpowiedziała Kotori, zakładając sobie włosy za ucho.
Pokiwałem głową.
 -To ty gdzie mieszkasz? - Wypaliłem.
 -U takie jednej starszej pani i jej wnuka - Spojrzała na mnie trochę speszona.
 -Aha - Spojrzałem w okno.
 -Muszę iść, wybacz - Dygnęła.
 -Nie ma problemu - Uśmiechnąłem się.
Po chwili zostałem sam. Podciągnąłem kolana pod brodę i westchnąłem.
 -A może też powinienem się przejść?

czwartek, 26 stycznia 2017

Rozdział #29

Z czasem dostrzegałem i czułem coraz więcej. Zarysy drzew, trawę, która wpijała się w cztery litery. Zamrugałem kilka razy. Byłem na polanie.
 -Kana...? - Zawołałem.
Odpowiedziała mi cisza. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Spojrzałem za siebie.
 -Hej - Uśmiechnęła się Nivi.
 -Co z Kanatris? - Spytałem.
Podeszła do mnie i podała dłoń.
 -Chodź.
Kiwnąłem głową.
 -Do twarzy ci w tym wianku - Zachichotała.
Dotknąłem czubka głowy. Faktycznie, coś tam było, więc to zdjąłem.
Wianek. Kwiaty uschły i kruszyły się w dłoniach. Pewnie trochę pozostało na włosach, więc je niedbale przeczesałem. Spojrzałem na Nivi. Jak zwykle pogodna i trochę zamyślona.
 -A możesz mi wytłumaczyć co się mniej więcej wydarzyło? - Spytałem.
 -Kana wszystko ci wyjaśni.
Ponownie skinąłem.
Doszliśmy nad jeziorka. Lód ustąpił.
 -Wejdź do wody - Poleciła i rozłożyła skrzydła.
Pomachała dłonią i wzbiła się w powietrze. Wszedłem do środka i czekałem. Woda była zimna, a dno nieprzyjemnie muliste i ciepłe. Wstrząsnął mnie lekki dreszcz. Czekałem, sam nie wiedziałem na co, lub na kogo. Wtedy na środku jeziora pojawiły się bąbelki wody.
 -Jak za pierwszym razem, hm? - Mruknąłem do siebie.
Wtedy pojawiła się nimfa. Uśmiechnęła się i chwyciła mnie za dłoń. Splotła nasze palce.
 -Już myślałam, że nie wrócisz - Spojrzała mi w oczy.
 -Eee... no co ty - Machnąłem ręką.
 -Dobra, chodź na dół.
Zamknąłem oczy i zanurzyłem się. Nic nie widziałem, a Kanatris mnie prowadziła.
Woda opływała moje całe ciało. Tutaj była nieznacznie cieplejsza.
Płynęliśmy tak przez pewien czas. O dziwo, nie brakowało mi powietrza.
 -Okej, możesz otworzyć oczy - Kanatris poklepała mnie po nadal wydętym policzku.
Podniosłem powieki. Znajdowaliśmy się w jakiejś jaskini.
Ściany były bursztynowe.
 -Chodź, chodź - Kana zachęciła mnie ruchem dłoni.
Przyspieszyłem kroku.
 -Widzisz to? - Spytała.
Spojrzałem na nią. Kucała przy czymś, co przypominało kałużę. Pływały w niej rybki, jedna z nich była większa niż pozostałe.
 -Co to? - Szepnąłem.
 -Twoje zmysły. Smak, dotyk, wzrok, węch i... słuch - Wskazała tę większą.
 -Dlaczego ona jest inna?
 -To przez Sonomaru i jego krew.
 -Chyba nie rozumiem....
 -Jego krew, według niego, miała zabijać po dwóch godzinach. To był błąd. Po dwóch godzinach zmysły przekształcają się na bardziej czułe. Czy zmieniło to twój wygląd? Nie wiem. Chcesz to zobaczyć?
 -W jakim sensie?
 -Obudzić się.
Wargi zadrżały w niepewnym uśmiechu, ale przytaknąłem.
 -Może to źle zabrzmi, ale... wystarczy się utopić - Również się uśmiechnęła.
 -W tym świecie, chyba, już nic mnie nie zaskoczy - Odparłem.
------~*~*~------
W końcu coś porządniejszego, jej! Wiem, wiem, ostatnio dałam znak życia na początku miesiąca, ale lepiej późno niż wcale ;)
Agnes

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Rozdział #28

Otworzyłem oczy. Wszędzie było ciemno. Nie czułem gruntu pod nogami. Mogłem się spokojnie unosić w dziwnej przestrzeni, ale odczuwałem niepokój. Co się stało ze stawem? Gdzie jest Kanatris?
 -Co się...
Usłyszałem czyjś śmiech, lecz znałem ten głos.
 -Nie spodziewałeś się mnie, nie? - Przede mną pojawił się Sonomaru.
 -Czego od nas chcesz?
 -Jakby to powiedzieć... tamci chłopcy to tylko tymczasowi "pracownicy". Mieli was tylko zatrzymać, na pewien czas, bo musimy porozmawiać...
Milczałem, na co on westchnął.
 -Natsuna chciała ci powiedzieć, że tęskni. No, i liczy że za niedługo się pojawicie. Czy coś jeszcze...? A, chłopcy podali ci trochę mojej krwi.
 -Co w związku z tym? - Uniosłem brwi.
 -W obecnych warunkach masz około dwóch godzin życia. Tak mi się zdaje.
Gdyby nie to, że się unosiliśmy w tej nieokreślonej przestrzeni, upadłbym. Oczy zaczęły mnie piec.
 -Coś jeszcze? - Wydusiłem, przez zaciśnięte zęby.
Zaprzeczył.
 -Z tą nimfą, Kanatris, nie? To wszystko w porządku, ale chyba nie zdążyliście się pożegnać.
Wygiął wargi we wredny uśmieszek.
 -To żegnaj - Dodał.
 -Czekaj! - Wydusiłem przez łzy.
 -Słucham.
 -Co z Natsuną?
 -Wszystko dobrze - Odparł.
 -Jakim cudem ona się tu dostała? - Szepnąłem.
 -Hmm... pamiętasz tamto popołudnie. Zwykły dzień, spacer i tak dalej. Wtedy, nie wiadomo jak, poszedłeś do parku...
 -Zauważyłem krew na chodniku - Przerwałem mu.
 -Serio? A, to nie moje - Prychnął. - Ale wracając, już wtedy mnie widziałeś.
Przełknąłem ślinę.
 -To był Inukai? - Spytałem.
 -Dosyć szybko to zredukowałeś - Gwizdnął.
 -Kim była postać stojąca dalej? - Spytałem.
Demon westchnął, jakby się zastanawiał.
 -Nie wiem.
 -Spowodował, że Natsuna upadła, a może bez tego nie spędzałbym swoich ostatnich dwóch godzin! - Podniosłem głos.
 -Uspokój się. Nie wiem kto to, ok? A przede wszystkim... tak czy owak byś się tu dostał, bo tak.
Chwilę później zniknął.
Po policzkach spłynęły mi strumienie łez.
 -Boję się - Wyszeptałem.
Zwinąłem się w kłębek.
 -Przepraszam cię Natsuna... nie dam rady.
Oczy coraz bardziej mnie bolały, ale nie interesowało mnie to. Chciałem tylko leżeć, płakać i czekać na koniec. Serce waliło mi jak młotem.
 -Po jaką cholerę podali mi tę cholerną krew?! - Łkałem.
Pewien czas później nie miałem z czego produkować łez. Miałem już dosyć. Przetarłem twarz.
 -Ciekawe, co się dzieje na zewnątrz? - Mruczałem.
Zacząłem myśleć. Dosyć szybko pogodziłem się ze śmiercią.
 -Hej, Rin, nie możesz tak myśleć pesymistycznie. Może uda im się cokolwiek zrobić - Wymusiłem uśmiech.
Wtedy rozbłysło światło. Przymrużyłem oczy i wyprostowałem się.
 -Żyjesz?
Przede mną pojawiła się Nivi. Uśmiechnęła się.
 -Co się tam dzieje? - Spytałem.
 -Niejaki Kiske nam pomógł. Znasz go?
Pokiwałem głową.
 -Teraz uciekamy do najbliższej wioski, a ja mam tu trochę ogarnąć.
Zacmokała kilka razy  niezadowolona.
 -Ale tu bajzel... Ech, damy radę.
I zniknęła, ale światło zostało.
"Może jednak nie zawiodę Natsuny?"-Uśmiechnąłem się.

piątek, 23 grudnia 2016

Życzenia ^.^

Już jutro wigilia, z tej okazji życzę Wam pomyślności, szczęścia, zdrowia i wszystkiego co najlepszego na Nowy Rok i święta.
Oto świąteczny specjał. Jest on podzielony na kilka części, a wszystko dzieje się dziesięć lat przed właściwą fabułą. Mam nadzieję, że wyjdzie to w miarę dobrze ;) Zapraszam!
Przepraszam za mój angielski :')

 Kotori

W końcu gwiazdka! Nie mogłam się doczekać, tak jak inni. Spoglądałam za okno. Chmury dosyć mocno zasłoniły niebo, ale wierzyłam, że jako pierwsza ujrzę pierwszą gwiazdę na niebie.
W sali był jeszcze Murakami ze złamaną nogą, Amelie po zapaleniu płuc i William - anglik, po wypadku na rowerze.
 -Kotori, jak myślisz - Szepnęła do mnie koleżanka ze swoim lekkim, francuskim akcentem. - Co dostaniesz?
Wzruszyłam ramionami i podciągnęłam kolana pod brodę.
 -Na pewno kolejną dawkę leków - Dodałam.
Dziewczynka zachichotała.
Wtedy drzwi do pomieszczenia otworzyły się.
 -Ho, ho, ho! Czy ktoś z was pytał o prezenty?
Serce zabiło mocniej i podekscytowana spojrzałam na... świętego Mikołaja! Nawet William się uśmiechnął.
 -Is there William Falcon?
Nie zrozumiałam, co powiedział.
 -Yes, I am - Chłopak uniósł dłoń.
Święty wręczył mu małą paczuszkę.
 -A Kotori Momori? Obecna?
 -Jestem - Pisnęłam.
Mężczyzna podszedł do mnie i podał średnią paczkę. Zgodnie z tradycją, czekaliśmy, aż Mikołaj pójdzie do kolejnej sali.
Później nadeszła kolej Murakami'ego i Amelie. Ktoś włączył radio.
 -Czas goni, więc muszę lecieć. Bye bye! - Zawołał Mikołaj, wychodząc.
Rozerwałam papier, pod którym znajdowała się pluszowa świnka. Przytuliłam ją mocno i spojrzałam w okno. Zobaczyłam pierwszą gwiazdkę.

Inukai

Wigilia. Znowu przyjedzie cały tabun rodziny, tylko po to, aby rozmawiać o niczym. Zawsze się cieszyłem, gdy miało to nastąpić, ale... denerwował mnie jak zwykle mój starszy o osiem lat brat - Ryukai. Święta miały być magicznym czasem, podczas którego dzieją się cuda. Jednak, żaden cud nie zdarza się, gdy mam składać mu życzenia. Zawsze patrzy się na mnie z wysoka, i nie chodzi tu wcale o wzrost.
Siedzieliśmy przy stole. Przysłuchiwałem się rozmowom dorosłych, ale zbyt wiele z nich nie zrozumiałem, więc skupiłem się bardziej na przeżuwaniu kromki chleba.
W naszej rodzinie, tak na prawdę nie obchodziliśmy Bożego narodzenia. Były to tylko coroczne zjazdy rodzinne.

Rin

 -Riin! Pospiesz się z tym ubieraniem się! - Zawołała mama.
 -Moment... - Mruknąłem pod nosem, zapinając koszulę.
Spojrzałem przelotnie w lustro. "Jest dobrze" - pomyślałem i wyszedłem z łazienki.
 -Och, Rin, ale wyrosłeś! - Piszczały zadowolone ciotki i babcie.
Uśmiechałem się dumny z siebie.
 -Słyszałeś to? - Spytała mama.
Pokręciłem głową.
 -To leć do drzwi.
Kiwnąłem głową i pobiegłem we wskazanym kierunku. Wróciłem rozczarowany.
 -Nikogo nie było - Bąknąłem.
Powłóczyłem nogami do swojego pokoju i spojrzałem na półkę z książkami. Leżała tam paczka. Wziąłem ją w dłoń i przeczytałem karteczkę. To było do mnie. Zapiszczałem zadowolony i rozerwałem papier. Była tam książka o przygodach Alpaki Andrzeja. Jej imię śmiesznie brzmiało.

DO ZOBACZENIA W PRZYSZŁYM ROKU ;)

Agnes

wtorek, 20 grudnia 2016

Rozdział #27

Podniosłem powieki. Leżałem na trawie przy tamtym jeziorze.
 -Przyprawiłeś mnie o zawał - Rzuciła Kanatris.
Coś wymamrotałem i podniosłem się. Nimfa siedziała obok i patrzyła w niebo.
 -Ale co się stało? - Spytałem.
 -Pojawiłeś się na dnie jeziora, a nie na brzegu. Ogłuszyli cię, nie?
Kiwnąłem głową.
 -Coś ci musieli podać.
 -Co?
Pokazała jezioro, którego taflę pokrywał lód.
 -Oż kurde...
 -No właśnie. Mam nadzieję, że za niedługo puści, bo po dłuższym czasie możesz nie mieć takiej dobrej sprawności, jak wcześniej. Na przykład paraliż, trudności z mową i takie tam - Machnęła ręką.
"Zaczepiście" - pomyślałem i podciągnąłem kolana pod brodę.
 -Mamy czas przynajmniej na jakąś normalną rozmowę, nie?~
Spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się.
 -No to zacznę - Westchnąłem. - Znasz może Natsunę?
Zamyśliła się.
 -Długie białe włosy, niebieskie wesołe oczy i długie szczupłe palce? Hmm.... czasami tu przychodzi.
Serce zabiło mi mocniej.
 -Coś mówiła?
 -Tak. Trochę mi o tobie opowiadała, ale to były może dwa, czy trzy spotkania.
Uśmiechnąłem się.
 -Mówiła, że pewnie tu przyjdziesz, no i się sprawdziło - Nimfa wstała.
 -Jest jakiś sposób, abym mógł zobaczyć lub przynajmniej usłyszeć, co się dzieje na "zewnątrz"?
Podała mi dłoń.
 -Chodź.
 -Gdzie?
Uśmiechnęła się.

Szliśmy przez pole. Z każdym krokiem oddalaliśmy się od jeziora. Kanatris ciągnęła mnie za nadgarstek. Coś nuciła pod nosem.
 -Usiądź - Poleciła. - A, i zamknij oczy.
Posłuchałem rozkazu.
Trawa trochę wbijała się przez ubranie, ale postarałem się to zignorować.
 -Nie otwieraj ich - Położyła coś na mojej głowie.
Poczułem powiew wiatru na plecach. Powieki momentalnie same się uniosły.
Leżałem, przyciśnięty do ziemi, w pobliżu naszego ogniska.
 -Nie ruszaj się - Warknął ktoś z góry.
Nie widziałem zbyt wiele. Lider był pomiędzy Kotori, a Inukai'm.
 -No dobrze, zacznijmy od nowa - Mężczyzna silił się na miły ton. - Jak tam się dostać?
 -Czyli gdzie? - Wychrypiał towarzysz.
 -Na drugą stronę - Chwycił go za kołnierzyk.
Inukai westchnął i zaśmiał się.
 -Aa... no to równie dobrze możesz się zabić. Tylko ostrzegam, co jest po tamtej stronie... no nikt z nas nie wie.
Po pozostałych przemknął gorzki śmiech.
 -Uważasz, że to śmieszne?
Zaprzeczył.
 -Mówię na serio. Mogę ci nawet pomóc - Posłał w jego stronę krzywy uśmiech.
Spojrzał w moją stronę.
 -No, w końcu się zbudziłeś. Może będziesz bardziej użyteczny niż twój kolega - Podszedł bliżej.
Coś wydukałem. Traciłem władzę w rękach, które zaczęły drżeć. Przed oczami ponownie zatańczyły czarne plamy. "C... co się dzieje?" - pomyślałem. Obiegłem ponownie wzrokiem okolicę. Kotori patrzyła na mnie przerażona, a Inukai miał ubrudzoną twarz od ziemi i... krwi? Nie mogłem dłużej się mu przyjrzeć.
 -Powiesz coś o powrocie? - Lider grupy kucnął przy mnie i uśmiechnął się obrzydliwie.
Wtedy coś mignęło w jego oku. Przypominało to węża. Więcej nie zauważyłem.

niedziela, 27 listopada 2016

Rozdział #26

Jeszcze przez pewien czas rozmawialiśmy o naszym "teatrze".
 -Pomysł jest dobry, ale o czym to będzie? - Spytałem.
 -Musi być coś ciekawego. Akcja, nie wiem co jeszcze - Odparł Inukai.
 -Tekst i tak musi być w większości improwizowany - Powiedziała Kotori.
 -Większość ludzi lubi tragedie i komedie - Dodał mężczyzna.
 -Właśnie wymieniłeś dwie sprzeczności - Zauważyłem.
 -Wiem, ale tylko stwierdzam fakty.
 -I tak nie damy rady dogodzić wszystkim - Wtrąciła.
 -Niestety -Westchnąłem.
 -Potraficie śpiewać? - Popatrzył na nas.
Pokręciłem głową, a Kotori wzruszyła ramionami.
 -Rin, masz pierwszą wartę.
 -Wiem.
 -To dobrze - Ziewnął.
Towarzysz ułożył się na ziemi, plecami do ognia.
 -Miłej nocy - Mruknął.
 -Miłej - Odpowiedziałem.
Niedługo potem, Kotori również ułożyła się do snu.

Noce były coraz chłodniejsze, albo mi się tak tylko wydawało. Pod nosem nuciłem sobie piosenkę "Hollywood Undead" pod tytułem "Bullet". Stłumiłem ziewnięcie, gdy zbliżałem się do refrenu, ale później nie wróciłem do tego, tylko przyjrzałem się gwiazdom. "Gdy wieczorem za kimś tęsknisz, spójrz w księżyc i pomyśl, że właśnie ta osoba też w niego patrzy" - usłyszałem w swoim umyśle głos mamy. Uśmiechnąłem się do siebie i podkuliłem kolana. Trochę tęskniłem za rodziną i Natsuną, ale byłem szczęśliwy, że mogę ją znaleźć. Przez chwilę zrobiło się jaśniej. Pomyślałem, że to Nivi. Przeniosłem na nią wzrok.
 -A Kotori? - Spytałem.
 -Nic jej nie będzie - Wyrwała swoje piórko i położyła na dziewczynie. - Lecę, aby rozejrzeć się po okolicy, za niedługo wrócę.
 -Dobra - Ziewnąłem.
Odbiła się od ziemi i wzbiła się w powietrze. Zostałem sam.
Czas dłużył się niemiłosiernie. Nivi wróciła, powiedziała, że nie ma zagrożenia i wróciła do Kotori. Do końca warty miałem jeszcze pół godziny. Popatrzyłem na drzewa. Buki, świerki, i pewnie cała masa innych rodzajów, których nie mogłem rozróżnić w ciemnościach.
 -Nudno, tu nie? - usłyszałem za sobą.
Po moich plecach przebiegł dreszcz. Rozpoznałem ten głos. To byli ONI.
 -Inuka....!
Nie mogłem skończyć. Poczułem uderzenie w potylicę i przed oczami zatańczyły czarne plamy.